W 1970 roku w klubowych księgach hodowlanych Curly coated retriever figurował jako pies powszechnie znany myśliwym i hodowcom na dwóch kontynentach. Pół wieku później Kennel Club w Wielkiej Brytanii — kraju, który wydał tę rasę światu — rejestruje rocznie mniej szczeniąt Curly niż niejeden lokalny klub psów rasy nieznanej szerszej publiczności. W Polsce liczbę czynnych hodowców Curly da się policzyć na palcach jednej ręki (a tutaj jest ich krótka lista).
To nie jest historia o rasie, która wymarła z powodu wad zdrowotnych czy prawnych zakazów, jak stało się to z niektórymi rasami bojowymi. To historia o psie, który przegrał z czymś znacznie trudniejszym do pokonania — z gustem.
Podczas gdy Labrador i Golden retriever stały się niemal synonimem słowa „pies rodzinny”, ich starszy, bardziej ekscentryczny krewny — kręcony, niezależny, mniej fotogeniczny w erze Instagrama — powoli znikał z podwórek, wystaw i w końcu z powszechnej świadomości.
Cichy koniec pewnej epoki
Zniknięcie Curly coated retrievera z europejskich i amerykańskich podwórek nie jest przypadkiem ani skutkiem jednego wydarzenia. To efekt cichego, rozciągniętego na dekady procesu, w którym zbiegły się ze sobą zmieniające się trendy hodowlane, ewolucja rynku psów rodzinnych i logika mediów społecznościowych faworyzująca rasy przewidywalne i „fotogeniczne”.
Curly, pies stworzony do pracy przy wodzie i niewymagający w terenie, okazał się zbyt trudny do sprzedania jako pupil dla współczesnej rodziny — i zbyt mało widoczny, by ktokolwiek zauważył, że znika.
Pies, który był pierwszy
Historia Curly coated retrievera sięga wcześniej niż historia jego dwóch dużo bardziej znanych krewnych.
Rasa uformowała się w Anglii na przełomie XVIII i XIX wieku, powstała ze skrzyżowania psów wodnych z retrieverami wykorzystywanymi przez myśliwych do aportowania zestrzelonego ptactwa znad rzek i bagien.
Charakterystyczna, ciasno skręcona sierść — gęsta i odporna na wodę — była cechą funkcjonalną, nie ozdobną: miała chronić psa przed zimnem i gęstymi zaroślami, a nie przyciągać wzrok na wystawie.
To właśnie Curly, a nie Labrador czy Golden, uznawany jest przez wielu kynologów za najstarszego z rodziny retrieverów.
Kiedy w drugiej połowie XIX wieku hodowcy zaczęli krzyżować go z innymi psami myśliwskimi, w efekcie tych prac powstały rasy, które dziś kojarzą się z retrieverem każdemu, kto nigdy nie słyszał o Curly — w tym Flat-coated retriever i, pośrednio, Golden retriever. Curly stał się więc czymś w rodzaju biologicznego i hodowlanego przodka psów, które ostatecznie go przyćmiły.
Przez dekady rasa cieszyła się stabilną, choć nigdy masową popularnością. Była psem cenionym przez myśliwych i leśniczych, rzadziej trafiającym pod strzechy miejskich domów.
Punkt zwrotny nadszedł w XX wieku, gdy zmieniło się samo pytanie, jakie ludzie zadawali sobie, wybierając psa: nie „który pies najlepiej aportuje z wody”, ale „który pies najlepiej odnajdzie się w rodzinie z dziećmi, w mieszkaniu, na zdjęciu”. Na to pytanie curly nigdy nie odpowiadał równie przekonująco, jak jego młodsi krewni.
Liczby, które mówią same za siebie
Curly coated retriever figuruje dziś na liście „Vulnerable Native Breeds” brytyjskiego Kennel Clubu — programie obejmującym rasy rodzime dla Wysp Brytyjskich, u których rejestruje się nie więcej niż 300 szczeniąt rocznie w całym kraju, a Kennel Club zidentyfikował potrzebę takiej listy już w czerwcu 2003 roku, prowadząc badania mające określić skalę zagrożenia i żywotność każdej z ras. Na tej samej liście, obok Curly, znajdują się między innymi Otterhound, Irish wolfhound czy Sealyham terrier. Łącznie Kennel Club umieścił na niej 34 rasy psów.
Dla porównania: Labrador retriever przez 31 lat z rzędu był najpopularniejszą rasą w Stanach Zjednoczonych według American Kennel Club, zanim w 2022 roku wyprzedził go Bulldog francuski. Innymi słowy — jeden retriever bił rekordy popularności przez trzy dekady, podczas gdy jego starszy krewny, Curly, w tym samym czasie spadał do kategorii ras zagrożonych.
To zderzenie liczb — setki tysięcy rejestracji Labradorów rocznie w skali globalnej kontra mniej niż 300 curly rocznie na terenie całej Wielkiej Brytanii — najlepiej oddaje skalę tego, co wydarzyło się z tą rasą w ciągu jednego pokolenia hodowców.
Coraz mniej miotów, coraz mniej wyboru
Rozmowy z hodowcami Curly coated retrievera w Europie prowadzą do tego samego wniosku, niezależnie od kraju: rasa skurczyła się do punktu, w którym samo jej hodowanie stało się logistycznym wyzwaniem.
Problem nie zaczyna się od braku chętnych do kupna szczeniąt — choć i tych jest coraz mniej — lecz wcześniej, na etapie, który dla popularniejszych ras jest formalnością: znalezienia odpowiedniego psa do krycia.
Przy tak małej liczbie aktywnych linii hodowlanych w danym kraju hodowcy często muszą szukać partnera do krycia za granicą, co oznacza dodatkowe koszty transportu, kwarantanny, badań weterynaryjnych i biurokracji związanej z przewozem psa między krajami. Część hodowców decyduje się na sprowadzanie nasienia do inseminacji zamiast fizycznego kojarzenia — rozwiązanie, które eliminuje część logistycznych przeszkód, ale samo w sobie jest droższe i mniej pewne niż tradycyjne krycie.
Mniejsza liczba dostępnych, niespokrewnionych ze sobą osobników prowadzi do efektu kuli śnieżnej: im mniej psów w puli hodowlanej, tym trudniej unikać kojarzeń psów spokrewnionych, co z kolei zwiększa ryzyko wystąpienia chorób dziedzicznych i zmusza kluby rasy do jeszcze bardziej rygorystycznego doboru par — a to jeszcze bardziej zawęża i tak już wąski wybór.
Do tego dochodzi strona popytowa. Nawet gdy miot Curly przyjdzie już na świat, znalezienie dla niego domu bywa trudniejsze niż w przypadku Labradora czy Goldena — nie dlatego, że Curly jest gorszym psem rodzinnym, ale dlatego, że mało kto w ogóle wie, że taka rasa istnieje, albo wie o niej na tyle mało, by obawiać się nieznanej sierści i temperamentu.
Część hodowców przyznaje, że regularnie musi tłumaczyć potencjalnym właścicielom, czym różni się Curly od bardziej znanych retrieverów — funkcję, którą w przypadku popularnych ras dawno przejęły media społecznościowe i pop-kultura.
Efekt: mniej miotów, mniej hodowców gotowych podjąć się tego wyzwania, i malejąca z roku na rok pula genetyczna, która sama w sobie staje się dla rasy zagrożeniem większym niż spadająca popularność.
Cena zbyt małej puli
Eksperci kynologiczni i weterynarze specjalizujący się w genetyce psów od lat ostrzegają przed tym samym zjawiskiem: kiedy liczba aktywnych osobników hodowlanych w rasie spada poniżej pewnego progu, konsekwencje przestają być wyłącznie statystyczne i stają się biologiczne. Mniejsza pula genetyczna oznacza mniejszą różnorodność alleli, a to z kolei zwiększa prawdopodobieństwo, że nawet starannie dobrane pary będą nosicielami tych samych recesywnych mutacji odpowiedzialnych za choroby dziedziczne.
W rasach uznawanych za zagrożone lub podatne na zanik efekt ten bywa określany jako spirala — im mniej psów nadaje się do hodowli bez ryzyka bliskiego pokrewieństwa, tym bardziej hodowcy są zmuszeni sięgać po te same linie krwi, co jeszcze bardziej zawęża pulę genetyczną w kolejnym pokoleniu. Z czasem prowadzi to do wzrostu częstości chorób takich jak dysplazja stawów, choroby oczu czy nowotwory — schorzenia, które w małych populacjach trudniej wyeliminować, ponieważ brakuje wystarczającej liczby zdrowych, niespokrewnionych osobników, by prowadzić selekcję.
Zdaniem specjalistów zajmujących się zdrowiem ras psów, kluby hodowlane w takich sytuacjach stają przed trudnym wyborem: albo utrzymać rygorystyczne standardy i akceptować coraz mniejszą liczbę rejestrowanych miotów, albo złagodzić kryteria doboru par, ryzykując pogorszenie zdrowia rasy w dłuższej perspektywie.
W przypadku ras z tak wąską bazą hodowlaną jak Curly coated retriever, coraz częściej pojawiają się głosy postulujące współpracę międzynarodową — wymianę materiału genetycznego między krajami — jako jedyny sposób na uniknięcie efektu wąskiego gardła genetycznego, który w skrajnych przypadkach może doprowadzić do wygaśnięcia rasy nie z powodu braku popytu, lecz z powodu braku zdrowych osobników zdolnych ją kontynuować.
Ci, którzy zostali
Wbrew statystykom Curly coated retriever nie zniknął całkowicie — przetrwał dzięki wąskiej, ale zdeterminowanej grupie hodowców i miłośników, dla których malejąca popularność jest nie tyle powodem do rezygnacji, co dodatkowym argumentem za tym, by zostać.
Kluby rasy w kilku krajach europejskich, choć niewielkie liczebnie, aktywnie starają się utrzymać rasę przy życiu — organizują spotkania hodowców, prowadzą rejestry genetyczne, próbują koordynować międzynarodową wymianę psów do krycia, o czym wspominałem powyżej. To praca w dużej mierze niewidoczna z zewnątrz, prowadzona bardziej z poczucia odpowiedzialności wobec rasy niż z myślą o zysku czy rozgłosie.
Dla wielu z tych osób wybór Curly nie jest przypadkiem, lecz świadomą decyzją. Częściej niż w przypadku popularnych ras, właściciele Curly opisują swój wybór jako reakcję na to, czym rasa nie jest: nie jest modna, nie jest wszędzie, nie trzeba jej szukać wśród dziesiątek hodowli w promieniu stu kilometrów. Ta niszowość, która na rynku działa przeciwko rasie, wśród jej entuzjastów bywa odwracana i traktowana niemal jak wartość samą w sobie. Forma oporu wobec logiki mody, w której o wyborze psa decydują trendy i estetyka, a nie charakter czy historia rasy.
To właśnie ci ludzie — hodowcy gotowi latami czekać na odpowiedniego partnera do krycia, właściciele jeżdżący setki kilometrów po szczenię, kluby prowadzące skromne, ale uporczywe działania popularyzatorskie — sprawiają, że rasa, mimo wszystkich niekorzystnych trendów, wciąż istnieje. Ich determinacja nie odwraca statystyk, ale opóźnia to, co dla wielu zapomnianych ras stało się już nieuniknione.
Curly to tylko jeden przypadek
Historia Curly coated retrievera nie byłaby aż tak wymowna, gdyby była wyjątkiem. Tymczasem to jeden z wielu przykładów szerszego zjawiska, które od lat obserwują kynolodzy: rasy niegdyś cenione za funkcjonalność, dziś przegrywają z rasami cenionymi za wizerunek.
Flat-coated retriever — bliski krewny Curly i, jak wspomniano wcześniej, jeden z dwóch pierwszych uznanych retrieverów obok niego — znajduje się w podobnej sytuacji, choć nieco mniej dramatycznej. Wciąż pojawia się na wystawach, wciąż ma swoich zwolenników, ale i on funkcjonuje w cieniu Labradora i Goldena, z którymi dzieli pochodzenie, lecz nie popularność.
Podobny los, choć z innych powodów, spotkał Chesapeake bay retrievera w Ameryce — rasę wyjątkowo odporną i niezależną, stworzoną do pracy w lodowatej wodzie, która nigdy nie zdobyła serc właścicieli szukających psa do kanapy i spacerów po parku.
Na liście brytyjskiego Kennel Clubu obejmującej rasy zagrożone znajdują się dziesiątki takich przypadków — od psów gończych, przez teriery, po spaniele — połączone wspólnym mianownikiem — to rasy, które powstały z myślą o konkretnej pracy, a nie o zdjęciu na Instagramie czy Twitterze.
Tymczasem, jak zauważyła sekretarz generalna Kennel Clubu przy okazji analizy boomu na Buldogi francuskie, popularność ras bywa dziś w dużej mierze kwestią mody napędzanej przez celebrytów i media społecznościowe, a nie przez praktyczne walory psa.
Curly coated retriever można więc czytać jako coś więcej niż historię jednej rasy w odwrocie. To studium przypadku tego, jak zmienił się sam sposób, w jaki ludzie wybierają psa — od pytania „do czego się nada” do pytania „jak będzie wyglądał na zdjęciu” — i jak niewiele rasa może na to poradzić, jeśli nie potrafi odpowiedzieć na to drugie pytanie równie dobrze, jak na pierwsze.
Żywy zabytek
Wróćmy do księgi rejestrów. Gdzieś w archiwach Kennel Clubu Curly coated retriever wciąż figuruje jako rasa uznana, z ustalonym standardem i dwuwiekową historią — formalnie żywa, statystycznie ledwie obecna.
Kilkaset szczeniąt rocznie w skali całego kraju to liczba, która nie mówi o wymarciu, ale o czymś bardziej podstępnym: o powolnym przechodzeniu z kategorii „pies” do kategorii „ciekawostka”.
Curly nie przegrał, bo miał gorszy charakter, gorsze zdrowie czy gorszą historię niż Labrador czy Golden. Przegrał, bo świat, który go stworzył — świat myśliwych, bagien i pracy przy wodzie — dawno przestał być światem, w którym większość ludzi podejmuje decyzję o wyborze psa. Rasa, która stała u źródeł całej rodziny retrieverów, dziś potrzebuje więcej wyjaśnienia niż rekomendacji.
Garstka hodowców i klubów rasy, o których mowa była wcześniej, wciąż stoi na straży tego, co zostało — utrzymując rejestry, szukając partnerów do krycia ponad granicami, licząc na to, że wąska pula genetyczna nie zawęzi się jeszcze bardziej, zanim ktoś zdąży ją poszerzyć.
Czy to wystarczy, by rasa przetrwała jako coś więcej niż statystyczny relikt na liście gatunków zagrożonych? Odpowiedź nie zapadnie w księgach rejestrowych ani na wystawowych ringach, lecz w tysiącach codziennych, pozornie niewinnych decyzji ludzi, którzy nigdy nie słyszeli o Curly coated retrieverze — i mogą już nigdy nie usłyszeć.

